Dziękuję…

Analizując ostatnie 3 miesiące mojego życia przychodzi mi do głowy jedno słowo -wdzięczność 🙂 Niektórzy z Was mogą popukać się w głowę i powiedzieć jaka wdzięczność? Za co? Za raka? Za dwie operacje po których średnio dochodzi się do siebie? Za to, że życie najbliższych toczy się wokół moich cycków?  🙂

Może się zdziwicie, ale naprawdę miałam dużo szczęścia. Szczęścia,  ponieważ moja choroba została wykryta bardzo wcześnie i nie musiałam przechodzić chemii i radioterapii. Ponieważ decydując się na drugą operację ocaliłam swoje życie, bo w chorej piersi lekarze znależli guzy, których w badaniach nie było widać. Ponieważ jestem tu gdzie jestem i moje leczenie przebiega napradę bardzo sprawnie, a po ostatnim zabiegu 12 kwietnia będę miała cycki jak superstar 🙂 Mam szczęście, że raczysko trafiło właśnie na mnie a nie na moje dzieci lub męża. Ale prawdziwą szczęściarą jestem, ponieważ mam wokół siebie niesamowitych ludzi. Wspaniałego męża, rodzinę, przyjaciół, znajomych. Bardzo wzruszyłam się dostając od Was dosłownie setki wiadomości, maili i telefonów. Odezwali się do mnie ludzie z którymi prawie nie mam kontaktu, dzieląc się swoimi życiowymi historiami, wspierając i podtrzymując na duchu. Umocniłam się w przekonaniu, że super wybieram sobie przyjaciół, zawsze mogę na nich liczyć. Jest moc!

Ostatnie wydarzenia nauczyły mnie również pokory. Można mieć wszystko i stracić to po jednej wizycie u lekarza. Banalne stwierdzenie, ale jakie prawdziwe kiedy dotyczy ono właśnie ciebie… Utwierdziłam się też w przekonaniu, że wszystko w naszym życiu ma jakiś cel. Ja zrozumiałam jak ważne jest być i cieszyć się każdym dniem.

Dziękuję,  że jesteście…

Agata Pamela Budzińska 🙂

P.S mam nadzieję, że wszystkie, czytające moje wypociny kobiety, zbadały już cycki! 🙂

Szkolny autobus ;)

Fajny taki autobus, zwłaszcza jak nie ma się samochodu. Zabierze dzieci z domu rano i odstawi po szkole. Można poplotkować z sąsiadkami, a dzieci mają czas na rozmowy i zabawę z rówieśnikami w drodze do szkoły. Całkiem fajna sprawa…

Gorzej jednak kiedy budzisz się rano i słyszysz grzmoty i walący deszcz o szyby. Taki deszcz tropikalny jest trochę inny od tego naszego, polskiego 😉 Taki jakiś bardziej mokry 🙂 I w taki właśnie poranek wyłazisz niechętnie z łóżka ze świadomością, że czeka cię to:

Czyli walka z deszczem i czekanie na spóźniający się autobus. Kiedy jest ulewa w Singapurze, to trochę tak jak w Polsce  pada śnieg 😉 Tutejsi słabi kierowcy nie lubią, albo nie potrafią jeździć w deszczu, miasto paraliżują korki 😉

Więc czekamy, czasem 15 min w deszczu, przepraszam, ulewie,  na spóźniający się autobus.

Nie daj Boże jak sobie człowiek pomyśli: ” aaa wyjdę z domu później, na pewno przez tą ulewę autobus się spóźni”, wtedy na pewno przyjedzie na czas 🙂

Takie klapeczki to super sprawa, bo jak leje, nogi masz mokre do kolan, a kaloszki przy 30 stopniach po prostu odpadają 😉

W Singapurze na dobre rozpoczęła się pora deszczowa, będzie cudownie chłodno i mokro 🙂

Miłego dnia!

 

Owoce egzotyczne – cz. 1

Mieszkając w Singapurze uczymy się nie tylko nowej kultury, ale również, a może nawet przede wszystkim, nowych smaków. Opowiem Wam dzisiaj trochę o tutejszych wyjątkowych owocach, które są tak inne od naszych europejskich.

Lokalne bazary zachwycają wyborem oraz  różnorodnością owoców. Niektóre wyglądają, albo pachną tak, że trochę strach spróbować 🙂

IMG_4111

 

IMG_6979

Po rocznym pobycie w Singapurze mam już swoją listę faworytów, bez których pewnie będzie mi ciężko jak wylądujemy w innym klimacie 🙂

Ale zacznijmy od azjatyckiego nr 1, który do moich faworytów na pewno nie należy 🙂

Durian

IMG_2013

IMG_2010

Owoc nazywany w Azji „królem owoców”, dlaczego? Chyba mało który nie-azjata potrafi odpowiedzieć na to pytanie 🙂 Durian to śmierdziel jakich mało. Zwiedzając Chinatown z daleka czuć tą onieśmielającą woń, której później trudno się pozbyć z pamięci. Oczywiście jak Wam już wcześniej opisywałam, spróbowaliśmy duriana w towarzystwie Joli i Łukasza ( głupio nam było, że oni się odważyli, a my co?). Smak słodkiego czosnku pomieszanego z cebulą prześladował nas do końca dnia bleee. Przez lokalną ludność durian jest uwielbiany i można go tutaj spotkać w każdej postaci – nawet lodów fuj fuj fuj.

W Singapurze jak i winnych miastach Azji, jak już wcześniej też  wspominałam, nie można przewozić duriana środkami komunikacji miejskiej. Kto go poznał osobiście, ten zrozumie 🙂

Mango 

DSCF9363

Jakoś nigdy wcześniej nie interesował mnie ten owoc. W Polsce bardziej popularna jest odmiana o zielonym kolorze. Istnieje ponad 1000 odmian tego owocu. W Singapurze najbardziej popularne jest żółte mango, najczęściej pochodzące z Indii lub Filipin. Często, co bardzo mnie zdziwiło, spożywane jest z odrobiną soli lub sosu sojowego oraz szczyptą chilli – bardzo ciekawy smak. W Singapurze oprócz surowego mango można kupić wyśmienite suszone (uzależniłam się od niego i później musiałam walczyć kilogramami :), dżemy z mango, herbaty lub chleb. Pyszne jest sushi z krewetką w tempurze i mango, mogłabym tak wymieniać bez końca.

Rambutan

DSCF9342

DSCF9345

Jagodzian rambutan – w języku malezyjskim rambutan oznacza owłosiony. Ten śmieszny owoc smakiem odrobinę przypomnina znane w Polsce i pochodzące z tej samej rodziny liczi. Rambutan jest bogaty w wit. C oraz B12,  a jego skóra leczy czerwonkę. Najczęściej spożywany jest na surowo.

Marakuja 

DSCF9378

DSCF9380

Inaczej passiflora, występuje w ponad 300 gatunkach. Najbardziej popularna jest marakuja o brązowo-fioletowym kolorze, okrągła z błyszczącą woskowatą skórką. Owoce marakui bardzo przypominają żabi skrzek, ale nie ma co się zniechęcać, bo smak jest wyjątkowy 🙂 Ja ostatnio odkryłam złotą marakuję miodową widoczną na moim zdjęciu. Jest ona mniej kwaśna i ma niesamowity miodowy smak. Owoc ten bogaty jest w witaminy, oksydanty oraz magnez. Owoce marakui mają działanie uspakajające oraz nasenne.

Longan 

DSCF9357

Longan to kolejny kuzyn liczi nazywany w Azji „smoczym okiem”.  Bardzo soczysty i słodki. Również bogaty w wit. C, podobno poprawia wzrok i spowalnia procesy starzenia 🙂

Jackfruit

IMG_6976

DSCF9375

Owoc ten jest największym owocem na świecie rosnącym na drzewie.  Potrafi osiągać wagę  nawet 30 kg. Na bazarze kupujemy już podzielone owoce (cząstki), bo ciężko byłoby przytachać do domu 20 kg maleństwo 🙂 poza tym aby go otworzyć trzeba się trochę pomęczyć :). W smaku jackfruit, po polskiemu zwany śmiesznie dżakfrut, ma kwaskowaty smak w sumie to trudny do opisania 🙂 jak dłużej postoi w lodówce, to nawet zapach ten może trochę wkurzać. Oczywiście bardzo zdrowy, ale uwaga, również kaloryczny.  Niedojrzałe owoce jackfruita po ugotowaniu smakiem przypominają mięso, dlatego w Iniach uznawany jest za pożywienie ludzi biednych.

Graviola – Flaszowiec miękkociernisty

DSCF9334

DSCF9337

Na koniec ostatnie moje odkrycie – owoc nazywany tutaj soursop stał się moim ulubionym 🙂 Niestety chyba tylko dla mnie, bo co kogoś nim poczęstuje, to się krzywi 🙂 Mocno kwaśny smak, również trudny do opisania, trochę jak truskawka z ananasem. Moim gościom chyba bardziej niż smak przeszkadzała jego konsystencja, bo taka glutowata trochę 🙂 no i może wygląd, bo też średnio zachęcający. Cena też trochę odstrasza, bo okaz na zdjęciu kosztował ok 20 SGD ( mąż mnie zabije :). Owoc ten stał się ostatnio bardzo sławny, ponieważ podobno leczy on raka. W odróżnieniu od chemioterapii zabija tylko komórki rakowe i nie sieje spustoszenia w organiźmie. Niestety informacje te nie zostały jeszcze chyba nigdzie potwierdzone żadnymi udowodnionymi badaniami czy publikacjami. Nasza Jeraldine, która pochodzi z Filipin, twierdzi, że owoc ten używany jest w tym celu w jej kraju od dawien dawna. Filipińczycy wierzą, że nie tylko owoc, ale liście oraz kora drzewa ma działanie zwalczające raka.

Na dzisiaj chyba wystarczy 🙂 w następnej części postaram się przedstwaić Wam jeszcze kilka wartych uwagi owoców takich jak mangostan czy salak.

Pozdrawiam

Pogubieni w czasie…

Doświadczyliście kiedyś takiego uczucia, jakby czas się zatrzymał? Jakbyście utkwili w jednym momencie swojego życia i nie ruszali dalej??

My się tak dziwnie czujemy, a wszystkiemu  winny jest klimat 😉 Brak pór roku sprawia, że stale czujemy się jak w sierpniu 😉 Jakoś przeleciała jesień, Boże Narodzenie, a my dalej wakacyjnie 😉 nie jest to straszne uczucie z którym nie da się żyć, ale dziwnie nam z tym…

Pory roku sprawiają, że można zapamiętać  wydarzenia z życia umieszczając je w konkretnej porze roku np zastanawiacie się kiedy byliście w Krakowie. Myślicie sobie: było mroźno i padał śnieg, na pewno to była zima. Porównanie banalne, ale tłumaczy nasze pogubienie.

To nie jest do końca tak, że w Singapurze nie odczuwa się żadnej zmiany pogody. Dla mnie nawet 2 stopnie w dół to wielka różnica ( dla Hiltona chyba mega ogromniasta).

Hillek na plaży w styczniu, w kwietniu byłoby to niemożliwe 😉

Listopad i grudzień były cudowne, raz wychodząc z psem wieczorem miałam nawet gęsią skórkę, bo było 26 i wiał wiatr 😉

Wiecie jak sobie radzimy z odnalezieniem się w czasie? Pomagają nam goście 😉 no bo

W kwietniu i maju mama

Mamo wybacz, ale kocham to zdjęcie 😉 Trick Eye Museum

Później nasza belgijska rodzinka 😉

Phuket 2016

Później  w sierpniu przyjaciele z Warszawy Jola i Łukasz z ferajną 😉

Aquarium

Następnie w październiku  Krysiulek z Aruśkiem 😉

Perth Australia

W listopadzie znowu babunia

Botanic Garden

I ukochana przyjaciółka Aga z mężem Rafałem 😉

Zoo

I znowu babunia w drodze powrotnej z Filipin

Świąteczna Orchard Rd

I ostatni w starym i pierwsi w Nowym Roku kochani szwajcarzy 😉 Wariaty Parzyńscy 😉

Singapore Flyer

Mam nadzieję, że wymienieni goście nie obrażą się za pojawienie się na moim marnym blogu 😉

Myślicie pewnie, że takie naloty są męczące, ale dla nas to sama przyjemność i frajda, że choć na chwilę możemy być razem.

Dlatego z radością czekamy na następne odwiedziny, przecież na pewno nie chcecie żebyśmy całkiem pogubili się w czasie 😉

Pozdrawiamy słonecznie :)

Dla wszystkich, którzy cierpią z powodu mrozów przesyłamy gorące pozdrowienia 🙂

Mąż musiał wypróbować nową zabawkę, więc mogę pokazać Wam nasze podwórko i zwykłe sobotnie popołudnie.

Trzymajcie się ciepło 🙂

P.S  Przy okazji chciałam życzyć wszystkim cudownego Nowego Roku 🙂

 

Singapurska choinka 🌲

Na pewno domyślacie się, jakie to dziwne uczucie kiedy ubiera się choinkę przy 30 stopniowym upale 😉 w klapkach i koniecznie przy włączonej klimatyzacji…

To nasze pierwsze Święta w Singapurze. Zostaliśmy tutaj z ciekawości jak to jest, no i już wiemy – jest śmiesznie 😉

Singapurczycy mimo takiej różnorodności wyznań, uwielbiają świąteczny klimat, dekoracje i muzykę. Całe miasto udekorowane jest światełkami i reniferkami, a supermarkety prześcigają się w pomysłach na największy kicz 😉



Niektóre z nich produkują np śniegową pianę 😉


Wszyscy w koło (no może oprócz Joli) odradzali  mi zakup żywej choinki, no ale jak to Boże Narodzenie bez pachnącego drzewka? Uparłam się i jest! Choinka z USA 😉


Trochę krzywa i droga, ale pachnie cudownie 😉 Mam tylko nadzieję, że wytrzyma do Wigilii 😉 


Oprócz ceny i pochodzenia nasza choinka odrobinkę różni się od polskiej ozdobami, no bo przecież trzeba się trochę dostosować


Zobaczymy jak wypadną same Święta i ich przygotowanie. Dobrze, że mam mamę do pomocy, będzie łatwiej. Przy piernikach już pomogła 😉

Za czym tęsknimy?

Człowiek tak daleko od domu tęskni za wieloma rzeczami. Prawdą okazuje się powiedzenie, że nie doceniamy tego co mamy.

Jak to jest z nami? Najbardziej tęsniny za rodziną, przyjaciółmi i znajomymi, bo chociaż poznaliśmy tutaj wielu wspaniałych ludzi, to nie zastąpią nam oni tych „starych” 😉 Na szczęście nasi przyjaciele, to jak się okazuje, prawdziwi podróżnicy i nasz terminarz wizyt powoli się zapełnia 😉  ( tak naprawdę to wolne od gości mamy dopiero od marca 😉

Mnie osobiście bardzo brakuje naszego klimatu, lasu, przyrody.


Tęsknie za długimi spacerami po lesie ( jak się domyślacie Hillek tęskni jeszcze bardziej).


Za grzybami

Długimi wyprawami rowerowymi

Za moją ukochaną pracą i uczniami paskudami 😉


Bo choć dużo z tych rzeczy tu mamy, to jest inaczej, dużo bardziej inaczej 😉

Do lasu, przepraszam dżungli, raczej nie pójdziesz, bo jaszczury, małpy, komary i inne gadziny sprawią, że będzie to wyprawa wyjątkowo ekstremalna…

Rowerami jeździmy, ale nie na długie wyprawy, bo nawet jak jest jedynie 26 stopni to po 10 km czujesz jakbyś zrobił 30, a wyglądasz jak po ekstremalnym maratonie 😉

A i grzyby też widziałam, ale może lepiej nie próbować 😉

Dobrze, że sąsiadów mamy tak fajnych jak w Polsce 😉

Brak pór roku też jest dziwny, bo tak właściwie nie czeka się na nic i czas jakoś jeszcze szybciej ucieka. My wymyśliliśmy strategię, że czekamy na kolejnych gości 😉  Teraz już za chwileczkę bo 7 października!!!

P.s zapomniałam o jeszcze jednej bardzo ważnej tęsknocie – o moim aucie 😉 mam nadzieję że jego obecny właściciel jest tak samo w nim zakochany jak ja byłam 😉