Owoce egzotyczne – cz. 1

Mieszkając w Singapurze uczymy się nie tylko nowej kultury, ale również, a może nawet przede wszystkim, nowych smaków. Opowiem Wam dzisiaj trochę o tutejszych wyjątkowych owocach, które są tak inne od naszych europejskich.

Lokalne bazary zachwycają wyborem oraz  różnorodnością owoców. Niektóre wyglądają, albo pachną tak, że trochę strach spróbować 🙂

IMG_4111

 

IMG_6979

Po rocznym pobycie w Singapurze mam już swoją listę faworytów, bez których pewnie będzie mi ciężko jak wylądujemy w innym klimacie 🙂

Ale zacznijmy od azjatyckiego nr 1, który do moich faworytów na pewno nie należy 🙂

Durian

IMG_2013

IMG_2010

Owoc nazywany w Azji „królem owoców”, dlaczego? Chyba mało który nie-azjata potrafi odpowiedzieć na to pytanie 🙂 Durian to śmierdziel jakich mało. Zwiedzając Chinatown z daleka czuć tą onieśmielającą woń, której później trudno się pozbyć z pamięci. Oczywiście jak Wam już wcześniej opisywałam, spróbowaliśmy duriana w towarzystwie Joli i Łukasza ( głupio nam było, że oni się odważyli, a my co?). Smak słodkiego czosnku pomieszanego z cebulą prześladował nas do końca dnia bleee. Przez lokalną ludność durian jest uwielbiany i można go tutaj spotkać w każdej postaci – nawet lodów fuj fuj fuj.

W Singapurze jak i winnych miastach Azji, jak już wcześniej też  wspominałam, nie można przewozić duriana środkami komunikacji miejskiej. Kto go poznał osobiście, ten zrozumie 🙂

Mango 

DSCF9363

Jakoś nigdy wcześniej nie interesował mnie ten owoc. W Polsce bardziej popularna jest odmiana o zielonym kolorze. Istnieje ponad 1000 odmian tego owocu. W Singapurze najbardziej popularne jest żółte mango, najczęściej pochodzące z Indii lub Filipin. Często, co bardzo mnie zdziwiło, spożywane jest z odrobiną soli lub sosu sojowego oraz szczyptą chilli – bardzo ciekawy smak. W Singapurze oprócz surowego mango można kupić wyśmienite suszone (uzależniłam się od niego i później musiałam walczyć kilogramami :), dżemy z mango, herbaty lub chleb. Pyszne jest sushi z krewetką w tempurze i mango, mogłabym tak wymieniać bez końca.

Rambutan

DSCF9342

DSCF9345

Jagodzian rambutan – w języku malezyjskim rambutan oznacza owłosiony. Ten śmieszny owoc smakiem odrobinę przypomnina znane w Polsce i pochodzące z tej samej rodziny liczi. Rambutan jest bogaty w wit. C oraz B12,  a jego skóra leczy czerwonkę. Najczęściej spożywany jest na surowo.

Marakuja 

DSCF9378

DSCF9380

Inaczej passiflora, występuje w ponad 300 gatunkach. Najbardziej popularna jest marakuja o brązowo-fioletowym kolorze, okrągła z błyszczącą woskowatą skórką. Owoce marakui bardzo przypominają żabi skrzek, ale nie ma co się zniechęcać, bo smak jest wyjątkowy 🙂 Ja ostatnio odkryłam złotą marakuję miodową widoczną na moim zdjęciu. Jest ona mniej kwaśna i ma niesamowity miodowy smak. Owoc ten bogaty jest w witaminy, oksydanty oraz magnez. Owoce marakui mają działanie uspakajające oraz nasenne.

Longan 

DSCF9357

Longan to kolejny kuzyn liczi nazywany w Azji „smoczym okiem”.  Bardzo soczysty i słodki. Również bogaty w wit. C, podobno poprawia wzrok i spowalnia procesy starzenia 🙂

Jackfruit

IMG_6976

DSCF9375

Owoc ten jest największym owocem na świecie rosnącym na drzewie.  Potrafi osiągać wagę  nawet 30 kg. Na bazarze kupujemy już podzielone owoce (cząstki), bo ciężko byłoby przytachać do domu 20 kg maleństwo 🙂 poza tym aby go otworzyć trzeba się trochę pomęczyć :). W smaku jackfruit, po polskiemu zwany śmiesznie dżakfrut, ma kwaskowaty smak w sumie to trudny do opisania 🙂 jak dłużej postoi w lodówce, to nawet zapach ten może trochę wkurzać. Oczywiście bardzo zdrowy, ale uwaga, również kaloryczny.  Niedojrzałe owoce jackfruita po ugotowaniu smakiem przypominają mięso, dlatego w Iniach uznawany jest za pożywienie ludzi biednych.

Graviola – Flaszowiec miękkociernisty

DSCF9334

DSCF9337

Na koniec ostatnie moje odkrycie – owoc nazywany tutaj soursop stał się moim ulubionym 🙂 Niestety chyba tylko dla mnie, bo co kogoś nim poczęstuje, to się krzywi 🙂 Mocno kwaśny smak, również trudny do opisania, trochę jak truskawka z ananasem. Moim gościom chyba bardziej niż smak przeszkadzała jego konsystencja, bo taka glutowata trochę 🙂 no i może wygląd, bo też średnio zachęcający. Cena też trochę odstrasza, bo okaz na zdjęciu kosztował ok 20 SGD ( mąż mnie zabije :). Owoc ten stał się ostatnio bardzo sławny, ponieważ podobno leczy on raka. W odróżnieniu od chemioterapii zabija tylko komórki rakowe i nie sieje spustoszenia w organiźmie. Niestety informacje te nie zostały jeszcze chyba nigdzie potwierdzone żadnymi udowodnionymi badaniami czy publikacjami. Nasza Jeraldine, która pochodzi z Filipin, twierdzi, że owoc ten używany jest w tym celu w jej kraju od dawien dawna. Filipińczycy wierzą, że nie tylko owoc, ale liście oraz kora drzewa ma działanie zwalczające raka.

Na dzisiaj chyba wystarczy 🙂 w następnej części postaram się przedstwaić Wam jeszcze kilka wartych uwagi owoców takich jak mangostan czy salak.

Pozdrawiam

Australia Zachodnia

Przeglądając zdjęcia na komputerze,  uświadomiłam sobie, że, nie licząc relacji z podglądania wielorybów, nie opisałam Wam jak było w Australii 🙂

Ponieważ po kilku miesiącach spędzonych w upalnym Singapurze byliśmy bardzo spragnieni jakiejś chłodnej odmiany, oraz nasi lecący z nami goście mieli już za sobą długaśny lot z Polski, zdecydowaliśmy się polecieć do Perth. Lot z Singapuru trwa 4,5 godziny, a październiku zaczynała się w tym regione wiosna, wszystko świetnie się składało 🙂

Perth to bardzo sympatyczne, malowniczo położone nad Oceanem Indyjskim, miasto. Perth jest częto nazywane najbardziej samotną  lub odizolowaną metropolią świata, ponieważ do najbliższego dużego miasta jest stąd ok 3000 km!

DSCF2573

IMG_2729

DSCF2518

DSCF2528

DSCF2523

DSCF2525

IMG_2755

W samym Perth znajduje się wyspa, którą zamieszkują, według nas trochę za przeproszeniem, naćpane kangury. Było to miejsce, które odwiedziliśmy zaraz pierwszego dnia po przylocie 🙂

DSCF2587

IMG_1914

DSCF2595

A ponieważ w dalszym ciągu było nam mało kangurów no i bardzo chcieliśmy zobaczyć koalę, następnym naszym celem był oddalony kawałek od miasta Caversham Wildlife Park.

Tutejsze kangury zdawały się być jeszcze bardziej na haju niż ich miejscy kuzyni 🙂 można je było karmić, głaskać i przytulać, frajda była ogromna!

DSCF2604

DSCF2612

DSCF2626

IMG_2889

IMG_2902

DSCF2617.JPG

Oprócz kangurów było do podziwiania jeszcze wiele innych australijskich stworów:

DSCF2671

DSCF2681

DSCF2700

DSCF2709

Następnym etapem naszej podróży była wyprawa na oddaloną o jakieś 170 km pustynię Pinnacles Desert. Miejsce przypominające jakąś odległą planetę 🙂

DSCF2735

DSCF2750

DSCF2763

DSCF2771

Nawet nie wiecie jaką frajdę można mieć z założenia jeansów, bluzy czy kamizelki 🙂

DSCF2778

DSCF2786

DSCF2794

DSCF2796

IMG_2924

IMG_2930

IMG_2931

Chyba nie ma innej możliwości zwiedzania Australii jak samochodem. Dzięki Krysiulkowi mieliśmy bardzo wygodny i duży pojazd:

DSCF2722

IMG_2766

Następny dzień był również pełen wrażeń. Postanowiliśmy trochę się poruszać i pojeździć na rowerach po malutkiej, urokliwej wyspie Rottnes Island. Na wyspę można dostać się ekspresowym promem w 40 min.

IMG_2957

Na miejscu można wypożyczyć rowery, wybór jest ogromny i każdy znajdzie coś dla siebie.

IMG_3004

IMG_2972

IMG_3020

IMG_2994

IMG_2978

IMG_2973

IMG_2964

IMG_2967

Oprócz niesamowitych widoków dużą atrakcją wyspy są Quokka – przesympatyczne zwierzaki z rodziny kangurowatych. Żyją sobie na wyspie i niczego się nie boją 🙂

IMG_3014

IMG_3013

IMG_3017

Jak już jest się w tej części Australii waro odwiedzić Margaret River. Jest to miejscowość położona ok 400 km od Perth słynąca ze sportów wodnych, winnic i znajdujących się tam pięknych jaskiń. Usytuowany w pobliżu Margaret River Surfers Point to kultowe miejsce dla miłośników mocnych doznań i wysokich fal 🙂

DSCF2999

DSCF2966

DSCF2969

Zaciągnęłam  też Budziki do Jaskini Mamuta, byliśmy ostatnimi w tym dniu turystami i zwiedzaliśmy ją sami – dziwnie było 🙂

DSCF2980

DSCF2989

IMG_3205

Namówiłam Miłowskich na supernudny spływ kajakiem, daliśmy radę, węży nie spotkaliśmy 🙂IMG_3186

IMG_3172IMG_3162

IMG_3176

IMG_3209

Australia bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nigdy nie spodziewałam się, że zakocham się w tym odległym kontynencie, widząc zaledwie jego malutką częśc. Co takiego jest, że tak mi się spodobało? Klimat, sympatyczni wyluzowani ludzie, niesamowita przyroda, ocean, przestrzeń ( pewnie gdybym spotkała śmiercionośnego pająka albo węża nie piałabym tak z zachwytu:)

Nasza wyprawa była pewnie też wyjątkowa, dzięki naszym towarzyszom, z którymi super zwiedzało się ten odległy ląd. Wyjątkowo chyba ani razu nie doszło między nami do spięcia. No może raz ( nie, nie chodzi mi wcale o kolczatkę 🙂

IMG_2739

IMG_2763

Mam nadzieję, że będzie mi dane jeszczcze wybrać się w dalsze regiony Australii i będzie tak samo gites jak ostatnim razem.

Buziaki dla Miłowskich 🙂

 

Wiecie skąd się bierze jedwab?

Ja coś tam kiedyś słyszałam o jedwabnikach, ale szczerze nigdy nie sprawdzałam na czym polega cały proces. Będąc w Hoi An mieliśmy okazję zobaczyć jak to się wszystko odbywa.

Jak wiadomo jedwab od wieków był bardzo porządanym i uwielbianym materiałem. Chińczycy od wieków zajmowali się jego wytwarzaniem i bardzo długo strzegli tajemnicy jego produkcji. Chińska legenda głosi, że jedwab powstał przez przypadek, kiedy cesarzowa upuściła kokon motyla do wrzącej herbaty 🙂

Ale od początku.

Najpierw hodowane są larwy motyla, najczęściej jest to  jedwabnik morwowy. Motyl ten jest wyhodowany przez człowieka i nie występuje w środowisku naturalnym. Jest całkowicie bezbronny i uzależniony od człowieka. Taka larwa przez trzy dni je non stop, nie robiąc sobie nawet przerwy na sen.

DSCF8468

Po tych kilku dniach wygląda już tak:

DSCF8472

Po następnych kilku tak:

DSCF8474

Każda z tych gąsienic powiększa swoją masę ciała o 10 000! Odgłos żerujących jedwabników można porównać z deszczem uderzającym o parapet 🙂

Kiedy larwa porządnie urośnie, zje kilogramy liści, staje się półprzeeźroczysta. Zaczyna zachowywać się niespokojnie, co jest sygnałem, że wkrótce zacznie budować swój kokon.

DSCF8473

DSCF8476

Kiedy kokon jest już gotowy biedne larwy uśmiercane są w gorącej wodzie 😦 Po wrzuceniu kokona do wrzątku sploty ciasno zwiniętego włókna rozluźniają się tworząc jedwabne nici.

DSCF8475

DSCF8477

DSCF8478

Żeby powstał krawat potrzebne jest ok 140 kokonów, a na apaszkę ok 100. To właśnie przez żmudny proces wytwarzania tego materiału jego cena jest zawrotna. Czy warto? Sama chyba nie posiadam nic jedwabnego, ale jest to materiał bardzo ceniony w Azji. Podobno ubrania z jedwabiu wchłaniają wilgoć przy czym schną bardzo szybko, co w tutejszym klimacie jest bardzo przydatne. Poza tym jest przyjemny w dotyku, wytrzymały, a nawet zapobiega pewnym schorzeniom skórnym. Jedwab nie jest łatwopalny i chroni ciało przed promieniami UV.

Same zalety, ale jakoś mnie chyba to nie przekonało 🙂

A jak jest z Wami? Nosicie, lubicie jedwabne ciuszki?

Welcome to Vietnam :)

Byliśmy w Wietnamie 6 dni. Podróż z Singapuru jest ekspresowa, lot trwał niecałe 2,5 godziny. Wylądowaliśmy w miejscowowści Da Nang, nazwywanej przez lokalną ludność wietnamskim Singapurem – co jest lekką przesadą 🙂 no może bardziej niż lekką 🙂

DSCF8306

Wietnam zaskoczył nas bardzo pozytywnie. W porównaniu z Filipinami, Kambodżą czy Tajlandią, widać, że dzieje się coraz lepiej w tym pięknym zakątku świata. Drogi są ok, wszędzie widać powstające inwestycje, hotele. Turyści czują się bezpiecznie. Samochody i pojazdy dwukołowe w super stanie. Choć nawiązując do transportu to panuje tu jedna, nie do przejścia dla cywilizowanego człowieka zasada –  NO RULES  🙂 całkowity brak zasad ruchu drogowego 🙂 każdy jedzie jak chce, kiedy chce, po której stronie chce 🙂 Myślę, że gdybym miała przejechać tam jako kierowca chociażby kilometr to skończyłoby się stłuczką po 2 minutach 🙂

DSCF9239

DSCF8801

Samo Da Nang jest takie sobie. Z miejsc które warto tu zobaczyć są na pewno Góry Marmurowe z jaskiniami i  pięknymi świątyniami:

DSCF8532

DSCF8544

DSCF8558

DSCF8561

oraz Świątynię i ogromny wzoszący się na obrzeżach miasta posąg Lady Buddha:

DSCF8282
Pomimo deszczu i zacinającego wiatru humor jak najbardziej nam dopisywał 🙂

DSCF8290

DSCF8297
Lady Buddha
DSCF8327
Psy są wszędzie, a zwłaszcza w świątyniach

Miejscem które na pewno warte jest odwiedzenia i zatrzymania się na dłużej jest klimatyczne, słynące z lampionów, jedwabiu oraz dobrych krawców, miasteczko Hoi An.

DSCF8514

Swoją sławę zawdzięcza to miejsce Kazimierzowi Kwiatkowskiemu, polskiemu architektowi, który uratował miasteczko od zniszczenia i przyczynił się do wpisania tutejszej starówki na listę UNESCO.

DSCF8506

DSCF8490

DSCF9216

DSCF9229

Wyjątkowo romantycznie wygląda Hoi An nocą, kiedy kolorowe lampiony rozświetlają to zabytkowe miasto.

DSCF8787

DSCF8779

DSCF8774

Akurat w czasie naszego pobytu w Hoi An przypadała pełnia. Mieliśmy okazję popływać łódką po rzece i puszczać na wodę kolorowe lampiony. Dzieciaki były zachwycone, a ja do dziś się zastanawiam, czy nasze pływające świeczki zostały posprzątane czy dalej unoszą się gdzieś na wodzie 🙂

DSCF8755

DSCF8761

Jak pisałam wcześniej Hoi An słynie z znakomitych krawców. Garnitur szyty na miarę można odebrać w ciągu kilku godzin, a tutejsi projektanci są jak najbardziej na czasie 🙂

DSCF9185

Hoi An oferuje turystom bardzo wiele atrakcji oraz pomysłów na spędzanie czasu. Bardzo popularne są wycieczki rowerowe, rejsy łodziami, lekcje gotowania, wizyty w wioskach rybackich lub takich gdzie wyrabia się garnki i inne ceramiczne cudeńka.  My mieliśmy okazję zwiedzić tą ostatnią z wymienionych. Dzieci miały super frajdę z nauki lepienia garnków z gliny 🙂 Nauczycielką była podobno najstarsza, 95 letnia kobieta w wiosce.

DSCF8429

DSCF8439

DSCF8459

Godzinę jazdy od Da Nang znajduje się starożytne sanktuarium My Son.

DSCF8691

To tajemnicze miejsce zostało zniszczone w czasie wojny przez amerykańskich żołnieży. Tutaj również do ponownego odrodzenia doprowadził nasz rodak Kazimierz Kwiatkowski. To dzięki niemu My Son stało się popularnym i  odwiedzanym przez turystów miejscem na mapie Wietnamu.

DSCF8615

DSCF8624

DSCF8671

DSCF8676

W drodze powrotnej z naszej wyprawy do My Son odwiedziliśmy lokalną rodzinę zajmującą się wyrobem popularnego w Wietnamie papieru ryżowego. Aleks miał okazję spróbować jak to się robi, a my skosztować jego wyrobu. Przeżyliśmy bez sensacji 🙂

DSCF8724

DSCF8726

DSCF8729

W tym wyjątkowym miejscu również natrafiliśmy na polskie akcenty 🙂

DSCF8715

Ostatnim miejscem jakie mieliśmy okazję zobaczyć w czasie naszego pobytu w Wietnamie było Ba Na Hills. Wzgórze ma 1487 m.n.p.m i można się na nie dostać najdłuższą i najwyższą na świecie, wpisaną do rekordów Guinnessa, kolejką górską. Ma ona 1291 metrów wysokości i ponad 5 km dłogości. Widok po drodze niesamowity, ale dla kogoś, kto nie lubi wysokości tak jak ja, to 20 minutowa  gehenna 🙂

DSCF9003

DSCF8803
chłopacy twierdzili, że im dziwnie, bo nart i śniegu brakuje 🙂

Byłam tak ze stresowana, że nawet nie mogłam skupić się na zdjęciach…

DSCF8810

Niestety widoczność jest ograniczona przez chmury i mgłę, podobno tylko kilka miesięcy w roku można podziwiać okolicę w całej swej okazałości.

DSCF8896

DSCF8895

Miejsce to jest bardziej atrakcyjne chyba dla lokalnych turystów. Kiedyś Ba Na było francuskim letnim kurortem . Obecnie na wzgórzach wybudowano kompleks budynków, które architektonicznie przypominać mają Francję. Jest tam katedra, zamek, ogrody, winnice, restauracje a nawet park rozrywki. Jak dla nas, trochę to było kiczowate i nie pasujące do tego „prawdziwego” Wietnamu.

DSCF8832

Ogromną atrakcją dla lokalnych i azjatyckich turystów są tańczące w rytm nowoczesnej, dyskotekowej muzyki, białe księżniczki 🙂 niestety nie dowiedziałam się jakiej były narodowości.

DSCF8891

Ogrody z francuską muzyką w tle 🙂

DSCF8931

Na szczęście dla nas znalazło się tam na górze coś, co  nas zainteresowało 🙂 Była to pagoda Linh Ung z ogromnym 27 metrowym posągiem Buddy

DSCF8977

DSCF8961

Świątynia Tombstone

DSCF8840

Świątynia Linh Chua Linh Tu oraz wieża Linh Phong Tu

DSCF8866

DSCF8848

DSCF8871

Podsumowując mój długaśny wpis, warto odwiedzić Wietnam nie tylko ze względu na piękno tego kraju, ale również dla niesamowitego jedzenia

przemiłych ludzi

oraz plażę, która pozwoli nam się zrelaksować po trudach zwiedzania 🙂

I nie bójcie się zabrać ze sobą dzieci, na pewno nie będą się nudzić 🙂